piątek, 2 grudnia 2016

Quest 3 cz.2

Przez następny tydzień chodziłam jak struta. Ten dziwny sen jak i niezwykłe podobieństwo legendy, którą opowiadała Pyladea nie dawały mi spokoju. Za każdym razem gdy o tym wszystkim myślałam, miałam coraz większy mętlik w głowie. Czy to było jakoś ze sobą powiązane? Czy to zwykły przypadek. Mój mózg po prostu zwizualizował to co usłyszał... Jednak biorąc pod uwagę porę w jaką się to działo, bardziej prawdopodobna była pierwsza wersja. I właśnie to mnie martwiło.
Leżąc w swojej jaskini cały czas się wierciłam. Przekręcałam w boku na bok nie mogąc znaleźć odpowiedniej pozycji.
Nagle zerwałam się. Wiedziałam, że ta sytuacja nie da mi spokoju. Że będzie wiercić mi dziurę w brzuchu aż całkiem zeświruję. Przeleciałam szybko wzrokiem po swojej jaskini po czym wybiegłam. Pobiegłam szukać. Nie miałam pojęcia, w którą stronę powinnam sie udać. W końcu ani legenda ani później Pyladea nie mówiła mi gdzie znajduje się mój cel. Tylko, że jest to gdzieś w okolicy. Westchnęłam głęboko po czym ruszyłam przed siebie. Pierwszy kierunek, który obrałam to południe. W kierunku Smoczych Skał. Były to tereny mało znane wilkom. Rzadko ktoś zapuszczał się w te strony. Tak więc było bardzo prawdopodobne, że jaskinia której poszukuję znajduje się właśnie tam.
Musiałam przyznać, że skały były imponujące. Potężny masyw był całkowicie nagi. Nie porastało go nawet najmniejsze drzewko. Tylko pojedyncze kępki trawy pokrywały gdzieniegdzie warstwę wyjątkowo ubogiej gleby.
Panowała tam zupełna cisza. Żadnych dźwięków, powiewów wiatrów. Kompletnie nic. Nawet brzęczenia owadów. Całkowita, niezaprzeczalna pustka. Powoli i ostrożnie stawiałam kroki. W końcu taka cisza, to czasem cisza przed burzą. Mimo wszystko jest to podobno miejsce zamieszkane przez smoki. Jednak pomimo moich początkowych wątpliwości nie wydarzyło się nic. Żadnych krwiożerczych, ziejących ogniem gadów. Nawet malutkiej jaszczurki nie znalazłam. Całkowity brak życia. Szczerze mówiąc to trochę się zawiodłam. Jednak największe rozczarowanie odczułam, gdy po długich poszukiwaniach nie znalazłam celu mojej podróży. Oczywiście kiczyłam się z taką sytuacją, jednak gdzieś wewnątrz marzyłam by od razu mieć szczęście. Byłam zmuszona wracać. Moje ciało ogarniało coraz większe zmęczenie, a burczenie w brzuchu nie pomagało mi.
Gdy dotarłam z powrotem do terenów watahy, pierwsze co zrobiłam to poszłam coś zjeść. Następnie weszłam do swojej jaskini i tak jak stałam, tak rzuciłam się na posłanie.
Przez kolejne dni, tygodnie systematycznie sprawdzałem tereny watahy. Zapuszczałam się w nie z dnia na dzień coraz odważniej i głębiej. Determinacja zmieniała się we frustrację. Za punkt honoru obrałam siebie znalezienie tej jaskini i dowiedzenie się o co w tym wszystkim chodziło. Zaczęłam powoli szaleć, a każdą próbę rozmowy ze mną na jakikolwiek temat uważałam za chęć wyśmiania mnie. Dlatego całkowicie odwróciłam się od wszystkich i uniakałam ich jak tylko sie dało.
Tego dnia gdy miałam wracać zorientowałam się, że nie wiem gdzie jestem. Najzwyczajniej w świecie zgubiłam się. Próbowałam wpaść na jakiś trop, dowiedzić się z której strony przyszłam. Nic z tego. Zupełnie tak jakbym straciła węch. Zbliżał się mrok i robiło się coraz zimniej. Nie mogłam tak dłużej błądzić bez celu. Musiałam znaleźć schronienie. Uparcie dążyłam naprzód. Rozglądałam się uważnie. Chciałam znaleźć cokolwiek co pomoże mi wrócić. Jednak kompletny brak znaków charakterystycznych nie ułatwiał mi. Drzewo, drzewo, drzewo, o krzak, drzewo i drzewo. Nic poza tym.
Nagle ujrzałam przed sobą skałę. Dość duża skałę. Szybko do niej podbiegłam by sprawdzić czy nie mogę się gdzieś schronić. Ku mojej radości okazało się, że z lewej strony było wejście do jaskini. Szczęście jednak mnie nie opuściło. Weszłam ostrożnie do środka. Rozejrzałam się uważnie i wtedy zamarłam. Na jednej ze ścian była ogromna pajęczyna wykonana z pęknięć. Nieregularne żłobienia i charakterystyczna błękitnobiała poświata wydobywająca się z nich. Zamrugałam kilka razy by upenić się, że to co widzę nie jest iluzją. Ale nie było. Było jak najbardziej prawdziwe.
-Trafiłam, na prawdę trafiłam-mamrotałam do siebie. Nie mogłam uwierzyć. W końcu po tak długich poszukiwaniach udało mi się. Wiedziałam, a raczej czułam to. Niepewnym krokiem podeszłam bliżej. Chciałam przejechać łapką po jednej z rys. W chwili gdy dotknęłam skały wszystko zalśniło niesamowitym blaskiem. Następnie widziałam jak wszystko wokół mnie się przemieszcza. Tak jakbym pokonywała jakąś trasę, tyle że w przyśpieszonym tempie. Nagle zaczęłam rozpoznawać te tereny. Te wzgórza, lasy, łąki i strumienie. To były tereny mojej ojczystej watahy. Tylko takie jakieś inne...  Zwierzyny łownej było wiecej, powietrze wydawało sie być świeższe. Wtem zobaczyłam jakieś postacie. Były to trzy basiory i dwie wadery. Wilczyce ewidentnie się o coś kłóciły, a jeden w wilków starał się je uspokoić. Nie wychodziło mu to najlepiej, gdyż po chwili został skutecznie uciszony przez swe towarzyszki. Nie wiem o co się kłóciły. Mogłam tylko przyglądać się sytuacji. Nic nie słyszałam. Nagle jedna w wader bardzo się uniosła. Bardziej niż do tej pory. Użyła swojej mocy i skierowała w swoją przeciwniczkę. Towarzystwo chciało ją uspokoić. Nic z tego. Promień jednak nie trafił w nią. Byłam pewna że spudłowała. Jak bardzo sie myliłam. Wszystkich ogarnęło przerażenie i ogólna panika. Okazało się, że celem nie była wilczyca tylko szczeniak chowający się obok niej. Poruszenie było wielkie. Dwójka basiorów zagrodziło drogę atakującej, a trzeci natychmiast znalazł się obok szczenięcia. Wydawało mi się, że to byli jego rodzice. Malec po chwili oszołomienia otrzepał się i wstał. Tak jakby nic się nie stało. Jednak dowodem na to co miało miejsce przed chwilą, było to, że jego futerko całkowicie wyblakło. Było śnieżnobiałe.
Czas ponownie przyśpieszył. Widziałam jak szczeniaczek wyrósł na piękna waderę. Śnieżnobiałą. Wtedy coś mnie tknęło.  Na terenach naszej watahy tylko jedna wilcza linia miała ten niespotykany kolor futra. Moja matka i babka miały ten kolor sierści. Podobno ich przodkinie także. Jednak tylko wadery. Niezależnie od ojca ich barwa była niezmienna...
To oznaczało, że scena która rozegrała się na moich oczach jest powiązana ze mną. Tłumaczy skąd nasz znak rozpoznawczy wziął sie w naszej rodzinie. A przede wszystkim działa się bardzo dawno temu... Zaczęłam łączyć fakty. Atak szczeniaka, zmiana barwy futra, śnieżnobiała wadera z legendy. Na dodatek z mojej ojczystej watahy w podróż wyruszały tylko niektóre wilczyce, ale tylko i wyłącznie z futrem w kolorze śniegu...
-Nie, nie, nie- cofnęłam się kawałek- to nie może być prawda-krzyknęłam a echo rozniosło moj głos po jaskini. Wszystko jednak wskazywało na to, że nią jest. Z tego wynika, że legendarna wadera nie była jedna. I co gorsza była prawdziwa. Co jakiś czas pojawiała się nowa. Zamknęłam oczy i policzyłam do dziesięciu. Gdy je otwarłam jeszcze raz spojrzałam na rysy. Już nie wydawały mi się takie piękne. Zwróciłam uwagę na jedną z nich. W porównaniu do innych święciła bardzo słabo. Tak nieśmiało. Jednak wyróżniało ją to, że prowadziła w głąb jaskini. Postanowiłam iść za nią. Prowadziła mnie przez moment i nagle się urwała. Tak jakby wykonała już swój obowiązek i doporwadziła mnie do miejsca, w którym miałam się znaleźć. Gdy doszłam do zakrętu mogłam dostrzec jasną poświatę. Gdybym nie wiedziała, że na zewnątrz jest już ciemno, byłabym pewna, że znalazłam drugie wejście do jaskinii. Zaciekawiona podeszłam tam. To co ujrzałam spowodowało dreszcze na moim ciele. Byłam w gigantycznej grocie. A właściwie na krawędzi jednej półki skalnej znajdującej się z niej. Owa grota była wszędzie. Pode mną, nade mną... Tak olbrzymia pusta przestrzeń aż przytłaczała. Powodowała, że czułam się malutka. Niczym nic nieznaczący paproch. Ale nie to było najgorsze. Masywne i wyjątkowo wysokie ściany w całości były poprzecinane błękitnymi nitkami.
CDN

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz