piątek, 7 kwietnia 2017

W zapomnieniu cz.10, "Najważniejsza decyzja"- Investia

  Voitety, choć oponował uparcie, nie przekonał mnie do zmiany decyzji. Ostatnio zdecydowanie za dużo się działo jak na moją biedną głowę, dla odmiany to właśnie samotności teraz potrzebowałam. Bycie władzą najwyższą w danym miejscu ma jednak swoje przywileje i nie minęło więcej niż kilka minut, a już do wylotu wąwozu docierałam.
  Niewiele wilków się tu kręciło. A ja postać zjawy przybrałam i z rzadka rozpoznawana byłam. Ściany kotliny powoli zniżały się, nieubłaganie do poziomu gruntu się zbliżając. Skały je tworzące szarzały, pojawiało się coraz więcej brunatnoszarawej glinki w szczelinami pomiędzy nimi.
Usiłowałam zebrać myśli. Bezskutecznie. To wszystko było takie przytłaczające. Nie tylko w swym ogromie, również w  rozmyciu kształtu, dziwaczności, nieuchwytności. Co znaczyła róża z Mgły? Kim był ten błękitny rogaty basior i co miał do mojej siostry? Dlaczego straciłam pamięć? Kim byli napastnicy, te żywiołaki i pan, co jakąś przysięgę złamał?
  Przez ilość tych zagadek nawet nie umiałam jednej porządnie chwycić, bo zaraz kolejna mnie prowokowała i do pogoni zachęcała. Widziałam same pytania. Nie posunęłam się ni krok w kierunku odpowiedzi na którekolwiek nawet po dobrym kwadransie marszu, kiedy niemal wyszłam z kotliny. Rejestrowałam to podświadomie, zbyt zajęta wewnętrznym kłapaniem zębami w próbach złapania którejś z tajemnic, by czemukolwiek poza tym uwagę poświęcać.
  Basiora zauważyłam dopiero kiedy prawie w niego weszłam. Wyhamowałam o ledwie kroczek. Olśnienie nadeszło w tej samej chwili, w której wzrok podniosłam. Jeśli sama czarna sierść wątpliwości zostawiała, to szrama wzdłuż grzbietu z marszu je rozwiała. Uśmiechnął się kątem pyska widząc moje zmieszanie. Po wykonaniu głębokiego ukłonu rzekł:
 - Pani, jak to dobrze, że Cię widzę. Czy poświęcisz jednemu ze swych licznych poddanych kilka jakże cennych chwil swego nieśmiertelnego życia?
Nie podobała mi się nuta w głosie wilka.
 - A w jakim to celu? - Rzuciłam może za ostro.
 - Takim, który z pewnością Cię zainteresuje - odparł całkiem spokojnie, niezrażony tonem mojej odpowiedzi. Jakimś tajemnym zmysłem wyczułam, że natręta za łatwo się nie pozbędę.
 - Byleby o za wiele tych chwil nie chodziło - westchnęłam.
Uśmiechnął się, tym razem już w pełni jawnie.
 - Ledwie kilka minutek. Może się przejdziemy? - Zaproponował, zataczając szeroki łuk łbem za swoje plecy.
Wzruszyłam barkami.
 - Jak dzięki temu ma być szybciej... Niech ci będzie.
Z wolna ruszyliśmy. Wcześniej wiedziałam, że basior jest masywny. Idąc u jego boku dopiero przekonałam się, jak bardzo. O głowę co najmniej był ode mnie wyższy. Mówiąc do mnie schylał ją, ale efektu to wcale nie psuło.
 - Obawiam się, że, moja Pani, zostałaś oszukana. W niegodziwy wręcz sposób zmanipulowana.
Spojrzałam nań krytycznie, marszcząc brwi.
 - Jak? - Zapytałam z marszu, zdecydowanie bezpardonowo.
 - Ach, doprawdy, sam nie mogłem uwierzyć, że można się posunąć do czegoś takiego... Jeszcze wobec kogoś tak bliskiego, tak... ważnego...
 - Do rzeczy - warknęłam, nie kryjąc zniecierpliwienia.
 - Bowiem Bogowie obdarzyli mnie niezwykłym darem. Wielce cennym. Widzę nieraz rzeczy będące poza zasięgiem mych oczu. Dziejące się zarówno w chwili obecnej, jak i minionej czy mającej dopiero nastąpić.
 - W związku z tym...? - Nie ustępowałam.
 - Dziś nawiedził mnie obraz twej siostry, Pani.
Zatrzymałam się.
 - Mówże w czym cała rzecz, do diaska! - Nawet nie próbowałam kryć irytacji.
Dlaczego mnie tak drażniło przeciąganie? Czemu moje serce nagle zabiło szybciej? Bałam się. Cholera, byle kilka słów, a znowu tracę wiarę. Nie ma co się dziwić. Za dużo wieści wspaniałych jak na tak krótki czas.
Basior odwrócił się. Wydawał się wręcz smutny.
 - Pani, wolałbym tego nie mówić, ale chciałbym, byś wiedziała... Ona nie jest tym, za kogo się podaje. Ona... Kłamała, Pani.
 - Że jak? - Moje serce na chwilę zamarło.
 - Ona... Chce cię zdradzić. Zabić, bo w jej sercu panuje zawiść. Chce twej władzy. Od początku tylko to było w jej głowie. Zobaczyłem, jak spotkała się z tym błękitnym rogatym wilkiem. Zdrowa, to musiało być jakiś czas temu. To on jej chce pomóc w zamachu na twe życie.
Prychnęłam.
 - Jak śmiesz tak łgać...
Cała się najeżyłam. Nie, to na pewno obłuda. Nie pomyliłabym się. Nie tak.
 - Ale czy nie wydaje ci się to dziwne? Nie widziałaś w jej zachowaniu nic podejrzanego? Mgła nigdy nie kłamie... Twa siostra cię zniszczy.
 - Skąd ty wiesz o Mgle?
Nie wiem, skąd ten nagły przypływ zdrowego rozsądku. Dopiero teraz dałam sobie sprawę, jak blisko ode mnie stał basior. Nieufnie cofnęłam się o krok. Spojrzeliśmy sobie wprost w oczy. Jego wzrok nie był już tak uległy, płochy. Jednolicie czarne oczy budziły we mnie niezbyt jasny lęk, hipnotyzowały.
 - Wiem więcej, dużo więcej... - Jego głos nabrał specyficznego brzmienia. Stał się miękki, odległy, ciut melancholijny. - Czeka cię ból. Droga twego życia tak samo jak była, i będzie nim wybrukowana. Nie zaznasz spokoju, ni ukojenia. Kiedy przeszłość wróci będzie tylko gorzej. Na nowo w twym sercu zawita lęk, ale też dowiesz się, jak wielkim brzemieniem jest poczucie winy. A i poznasz uczucia zdradzonego, oszukanego. Twa nieśmiertelność stanie się dla ciebie klatką, Pani.
Zamurowało mnie. Najzwyczajniej w świecie wszystkie sensowne słowa diabli wzięli i zostawili mnie osamotnioną, niezdolną do odpowiedzenia w jakikolwiek sensowny sposób. Basior nie pośpieszał mnie, obserwował tylko me zmieszanie swymi połyskliwymi, przenikliwymi oczyma. Język w gębie odzyskałam po upływie kilku nadzwyczaj powolnych minut.
 - Dlaczego mi to mówisz? - Słabość głosu wydobywającego się z mych ust mnie samą zdziwiła.
 - Mam dla ciebie pewien układ.
 - Jaki? - Zagadnęłam nieufnie.
 - Dla Ciebie nadzwyczaj korzystny. Mogę sprawić, że odzyskasz władzę nad swoim życiem. Będziesz mogła wybrać drogę, jaką pójdziesz, znów zadecydować.
 - Dobra, a w czym haczyk?
 - Aż tak mi nie ufasz? - Na jego pysku miejsce zajął lekki, zaczepny uśmieszek.
 - Nie wierzę, by coś tak pięknego nie wymagało w zamian wielkiej ceny.
 - Słusznie myślisz. Bowiem ten szlak, dający ci władzę i wolność, wymaga całkowitego wyrzeknięcia się tego, co dla ciebie znaczy obecna droga.
 - Daruj sobie ozdobniki. Prosto, jak do debila- Co jest ceną?
Tym razem jego uśmiech szczególnie mi się nie spodobał.
 - Ach, stracisz każdego, z kim związałaś się w swym życiu. Czy raczej życiach. Nie będziesz miała już żadnego wpływu na ich losy.
-  Życiach? - Przerwałam mu zaskoczona po raz któryś.
 - Tak. Niewiele o sobie wiesz, Damned soul.
Skrzywiłam się na dźwięk jego ostatnich słów. Rozpoznawałam je, ale nie potrafiłam określić, co znaczą. Jednak zdecydowałam się łapą na to machnąć i o coś zdecydowanie ważniejszego zapytać.
 - A cóż takiego ty masz z takowego układu? Sprzedawcy raczej do altruistów nie należą.
 - No tak, z czegoś wyżyć trzeba... Powiedzmy, że to przysługa dla starego znajomego. Warta zachodu.
Skinęłam głową. Zdałam sobie nagle sprawę, że już o wszystko wypytałam. Że czas na decyzję nadszedł.
 - Mogę ci powiedzieć o swym wyborze nazajutrz?
 - Nie. To oferta bardzo krótkoterminowa.
 - Jak bardzo?
 - Bardzo. Musisz zdecydować natychmiast.
Zamrugałam oszołomiona i zmieszana po raz któryś tam w ciągu tej rozmowy.
 - A to dlaczego? - Gdzieś w moim umyśle dzwony zaczęły bić na alarm.
 - Ach, to nadzwyczaj trudny rytuał... Do jego wykonania trzeba pewnych warunków. Teraz są idealne. Za kilka minut mogą być kompletnie inne.
Przytaknęłam, udając, że rozumiem. To było wariactwo. Co do tego wątpliwości nie miałam. Ale... Kusiło. Wciąż nie ufałam Pyladei, nie tak całkiem. Podobnie jak przyszłości. Odejście od tego wszystkiego wydawało się tak piękne, że aż nierealne...
 - Zgadzam się - rzekłam. Nie do końca wierząc, że to moje słowa.


***


  Teraz, siedząc na skraju urwiska, o którego pionową krawędź uderzały ze wściekłym łopotem fale, nie wiem, czy wybrałabym inaczej. Słonko świeciło raźno, wysoko jeszcze. Inaczej niż kiedy byłam tu ostatnim razem.
  Choć wciąż czułam się nieswojo z tą myślą, nie żałowałam swego wyboru. Basior zapomniał wspomnieć tylko o jednym. Trafiając tu odzyskałam wszystkie swoje wspomnienia.
  Stadko srebrzystopiórych mew przemknęło nad moją głową, głośne jak zwykle. Tak, nie było czego żałować. Ten świat był ideałem. Najłatwiej go opisać jako moją przeszłość pozbawioną Dimitriego, Karela i męki samotności. Nie jeden i nie dwa razy przemierzyłam ziemie mojej byłej watahy od Gór Północnych po Smocze, ale nie natknęłam się na nikogo, kogo bym znała. Żadnego wilka.
  Myślałam, by odejść stąd. Oddać serce innym lasom, innym skałom. Z tym miejscem już nic mnie nie łączyło. Byłam wolna. Ach, wolność... Słodka to rzecz. Choć w tej słodyczy jest gorycz.
  To jeszcze nie ten czas, tłumaczyłam sobie tą dziwną obawę przed wyruszeniem dalej. Za długo siedziałam pomiędzy tymi górami, głupio i dziecinnie uznałam je za swego rodzaju dom. Tak, idiotycznie. Bo to nigdy nie była moja przystań. Tylko klatka.
  Huk fal i skrzek mew. Łagodny błękit nad głową i spieniona granatowa kipiel pode mną. Tak, klatka wspomnień i nadziei.
  Żałowałam tylko Pyladei. Teraz, z czymkolwiek walczyłyśmy, musiała się z tym zmierzyć sama. Głupia byłam wierząc w słowa basiora, ale myślę, że nawet z pełną świadomością nie wybrałabym inaczej. Tamten świat to cierpienie. Ten, choć pusty, ma w sobie spokój i ukojenie. Potrzebowałam tego.


***


  Nazajutrz wyruszyłam w drogę. Wiedziałam, że tak należało zrobić. Wędrowałam jednak wciąż z cierniem niejasnego niepokoju w sercu. Takie kolce najtrudniej wyrwać. Do tego potrzeba wiele czasu i cierpliwości... Ale miałam przed sobą wieczność. Nieskończoną ilość czasu należącą wyłącznie do mnie. 



Koniec

piątek, 2 grudnia 2016

Quest 3 cz.2

Przez następny tydzień chodziłam jak struta. Ten dziwny sen jak i niezwykłe podobieństwo legendy, którą opowiadała Pyladea nie dawały mi spokoju. Za każdym razem gdy o tym wszystkim myślałam, miałam coraz większy mętlik w głowie. Czy to było jakoś ze sobą powiązane? Czy to zwykły przypadek. Mój mózg po prostu zwizualizował to co usłyszał... Jednak biorąc pod uwagę porę w jaką się to działo, bardziej prawdopodobna była pierwsza wersja. I właśnie to mnie martwiło.
Leżąc w swojej jaskini cały czas się wierciłam. Przekręcałam w boku na bok nie mogąc znaleźć odpowiedniej pozycji.
Nagle zerwałam się. Wiedziałam, że ta sytuacja nie da mi spokoju. Że będzie wiercić mi dziurę w brzuchu aż całkiem zeświruję. Przeleciałam szybko wzrokiem po swojej jaskini po czym wybiegłam. Pobiegłam szukać. Nie miałam pojęcia, w którą stronę powinnam sie udać. W końcu ani legenda ani później Pyladea nie mówiła mi gdzie znajduje się mój cel. Tylko, że jest to gdzieś w okolicy. Westchnęłam głęboko po czym ruszyłam przed siebie. Pierwszy kierunek, który obrałam to południe. W kierunku Smoczych Skał. Były to tereny mało znane wilkom. Rzadko ktoś zapuszczał się w te strony. Tak więc było bardzo prawdopodobne, że jaskinia której poszukuję znajduje się właśnie tam.
Musiałam przyznać, że skały były imponujące. Potężny masyw był całkowicie nagi. Nie porastało go nawet najmniejsze drzewko. Tylko pojedyncze kępki trawy pokrywały gdzieniegdzie warstwę wyjątkowo ubogiej gleby.
Panowała tam zupełna cisza. Żadnych dźwięków, powiewów wiatrów. Kompletnie nic. Nawet brzęczenia owadów. Całkowita, niezaprzeczalna pustka. Powoli i ostrożnie stawiałam kroki. W końcu taka cisza, to czasem cisza przed burzą. Mimo wszystko jest to podobno miejsce zamieszkane przez smoki. Jednak pomimo moich początkowych wątpliwości nie wydarzyło się nic. Żadnych krwiożerczych, ziejących ogniem gadów. Nawet malutkiej jaszczurki nie znalazłam. Całkowity brak życia. Szczerze mówiąc to trochę się zawiodłam. Jednak największe rozczarowanie odczułam, gdy po długich poszukiwaniach nie znalazłam celu mojej podróży. Oczywiście kiczyłam się z taką sytuacją, jednak gdzieś wewnątrz marzyłam by od razu mieć szczęście. Byłam zmuszona wracać. Moje ciało ogarniało coraz większe zmęczenie, a burczenie w brzuchu nie pomagało mi.
Gdy dotarłam z powrotem do terenów watahy, pierwsze co zrobiłam to poszłam coś zjeść. Następnie weszłam do swojej jaskini i tak jak stałam, tak rzuciłam się na posłanie.
Przez kolejne dni, tygodnie systematycznie sprawdzałem tereny watahy. Zapuszczałam się w nie z dnia na dzień coraz odważniej i głębiej. Determinacja zmieniała się we frustrację. Za punkt honoru obrałam siebie znalezienie tej jaskini i dowiedzenie się o co w tym wszystkim chodziło. Zaczęłam powoli szaleć, a każdą próbę rozmowy ze mną na jakikolwiek temat uważałam za chęć wyśmiania mnie. Dlatego całkowicie odwróciłam się od wszystkich i uniakałam ich jak tylko sie dało.
Tego dnia gdy miałam wracać zorientowałam się, że nie wiem gdzie jestem. Najzwyczajniej w świecie zgubiłam się. Próbowałam wpaść na jakiś trop, dowiedzić się z której strony przyszłam. Nic z tego. Zupełnie tak jakbym straciła węch. Zbliżał się mrok i robiło się coraz zimniej. Nie mogłam tak dłużej błądzić bez celu. Musiałam znaleźć schronienie. Uparcie dążyłam naprzód. Rozglądałam się uważnie. Chciałam znaleźć cokolwiek co pomoże mi wrócić. Jednak kompletny brak znaków charakterystycznych nie ułatwiał mi. Drzewo, drzewo, drzewo, o krzak, drzewo i drzewo. Nic poza tym.
Nagle ujrzałam przed sobą skałę. Dość duża skałę. Szybko do niej podbiegłam by sprawdzić czy nie mogę się gdzieś schronić. Ku mojej radości okazało się, że z lewej strony było wejście do jaskini. Szczęście jednak mnie nie opuściło. Weszłam ostrożnie do środka. Rozejrzałam się uważnie i wtedy zamarłam. Na jednej ze ścian była ogromna pajęczyna wykonana z pęknięć. Nieregularne żłobienia i charakterystyczna błękitnobiała poświata wydobywająca się z nich. Zamrugałam kilka razy by upenić się, że to co widzę nie jest iluzją. Ale nie było. Było jak najbardziej prawdziwe.
-Trafiłam, na prawdę trafiłam-mamrotałam do siebie. Nie mogłam uwierzyć. W końcu po tak długich poszukiwaniach udało mi się. Wiedziałam, a raczej czułam to. Niepewnym krokiem podeszłam bliżej. Chciałam przejechać łapką po jednej z rys. W chwili gdy dotknęłam skały wszystko zalśniło niesamowitym blaskiem. Następnie widziałam jak wszystko wokół mnie się przemieszcza. Tak jakbym pokonywała jakąś trasę, tyle że w przyśpieszonym tempie. Nagle zaczęłam rozpoznawać te tereny. Te wzgórza, lasy, łąki i strumienie. To były tereny mojej ojczystej watahy. Tylko takie jakieś inne...  Zwierzyny łownej było wiecej, powietrze wydawało sie być świeższe. Wtem zobaczyłam jakieś postacie. Były to trzy basiory i dwie wadery. Wilczyce ewidentnie się o coś kłóciły, a jeden w wilków starał się je uspokoić. Nie wychodziło mu to najlepiej, gdyż po chwili został skutecznie uciszony przez swe towarzyszki. Nie wiem o co się kłóciły. Mogłam tylko przyglądać się sytuacji. Nic nie słyszałam. Nagle jedna w wader bardzo się uniosła. Bardziej niż do tej pory. Użyła swojej mocy i skierowała w swoją przeciwniczkę. Towarzystwo chciało ją uspokoić. Nic z tego. Promień jednak nie trafił w nią. Byłam pewna że spudłowała. Jak bardzo sie myliłam. Wszystkich ogarnęło przerażenie i ogólna panika. Okazało się, że celem nie była wilczyca tylko szczeniak chowający się obok niej. Poruszenie było wielkie. Dwójka basiorów zagrodziło drogę atakującej, a trzeci natychmiast znalazł się obok szczenięcia. Wydawało mi się, że to byli jego rodzice. Malec po chwili oszołomienia otrzepał się i wstał. Tak jakby nic się nie stało. Jednak dowodem na to co miało miejsce przed chwilą, było to, że jego futerko całkowicie wyblakło. Było śnieżnobiałe.
Czas ponownie przyśpieszył. Widziałam jak szczeniaczek wyrósł na piękna waderę. Śnieżnobiałą. Wtedy coś mnie tknęło.  Na terenach naszej watahy tylko jedna wilcza linia miała ten niespotykany kolor futra. Moja matka i babka miały ten kolor sierści. Podobno ich przodkinie także. Jednak tylko wadery. Niezależnie od ojca ich barwa była niezmienna...
To oznaczało, że scena która rozegrała się na moich oczach jest powiązana ze mną. Tłumaczy skąd nasz znak rozpoznawczy wziął sie w naszej rodzinie. A przede wszystkim działa się bardzo dawno temu... Zaczęłam łączyć fakty. Atak szczeniaka, zmiana barwy futra, śnieżnobiała wadera z legendy. Na dodatek z mojej ojczystej watahy w podróż wyruszały tylko niektóre wilczyce, ale tylko i wyłącznie z futrem w kolorze śniegu...
-Nie, nie, nie- cofnęłam się kawałek- to nie może być prawda-krzyknęłam a echo rozniosło moj głos po jaskini. Wszystko jednak wskazywało na to, że nią jest. Z tego wynika, że legendarna wadera nie była jedna. I co gorsza była prawdziwa. Co jakiś czas pojawiała się nowa. Zamknęłam oczy i policzyłam do dziesięciu. Gdy je otwarłam jeszcze raz spojrzałam na rysy. Już nie wydawały mi się takie piękne. Zwróciłam uwagę na jedną z nich. W porównaniu do innych święciła bardzo słabo. Tak nieśmiało. Jednak wyróżniało ją to, że prowadziła w głąb jaskini. Postanowiłam iść za nią. Prowadziła mnie przez moment i nagle się urwała. Tak jakby wykonała już swój obowiązek i doporwadziła mnie do miejsca, w którym miałam się znaleźć. Gdy doszłam do zakrętu mogłam dostrzec jasną poświatę. Gdybym nie wiedziała, że na zewnątrz jest już ciemno, byłabym pewna, że znalazłam drugie wejście do jaskinii. Zaciekawiona podeszłam tam. To co ujrzałam spowodowało dreszcze na moim ciele. Byłam w gigantycznej grocie. A właściwie na krawędzi jednej półki skalnej znajdującej się z niej. Owa grota była wszędzie. Pode mną, nade mną... Tak olbrzymia pusta przestrzeń aż przytłaczała. Powodowała, że czułam się malutka. Niczym nic nieznaczący paproch. Ale nie to było najgorsze. Masywne i wyjątkowo wysokie ściany w całości były poprzecinane błękitnymi nitkami.
CDN

niedziela, 20 listopada 2016

Największy wróg

Mrużyłam oczy chroniąc lśniące tęczówki przed blaskiem zachodzącego słońca wdzierającego się bezlitośnie do mojego grobowca. Sama sobie nie potrafiłam odpowiedzieć skąd nachodziły mnie tak ponure skojarzenia. Byłam jak uwięziona, a by dopełnić tego wrażenia w okolicach wejścia ciągle kręciły się jakieś irytujące duchy jakby zamierzały podsłuchać moje myśli, albo po prostu upilnować mnie, żebym nie uciekła, choć nie miałam nawet na tyle sił, by normalnie obrócić się z boku na bok. Westchnęłam dość głośno, by na chwilę w wejściu pojawiła się głowa mojego strażnika. Rozejrzał się po wnętrzu co powitałam drapieżnym uśmieszkiem, który okazał się na tyle peszący, że intruz natychmiast zniknął. Najgorsza była ta nuda. W końcu ile można wpatrywać się w jeden i ten sam sufit. Znałam już na pamięć każde zagłębieni, każdy szorstki rowek, w którym zbierały się migocące w wieczornej poświacie drobinki jasno brunatnego kurzu i pyły zaświatów. Zmrużyłam oczy, ale zanim zdążyłam zasnąć dobiegł mnie z zewnątrz niesamowity rumor. Potężny ryk wstrząsnął ziemia, a ja zdezorientowana na tyle by zapomnieć o ranach poderwał się gwałtownie i oczywiście wylądowałam w niezbyt wygodnej pozycji na ziemi. "Smok" rozległ się wrzask. Nie bardzo wiedząc co zrobić nie mogłam się zdobyć nawet na panikę. W każdym razie wdarcie się bestii na terytorium doliny bohaterów nie najlepiej świadczyło o ich systemie wczesnego ostrzegania. Rozciągnięta na nierównej, brudnej podłodze jaskini wpatrywałam się bez większego zainteresowania w błotniste plamy pode mną zastanawiając się co też może dziać się na zewnątrz. Nagle wszystkie głosy ucichły jak ucięte nożem. Czekałam wsłuchując się w tą nazbyt natarczywą ciszę. Kolejnym dźwiękiem jaki usłyszałam były kroki zbliżające się do mojej jaskini, tym razem były zdecydowanie materialne i z całą pewnością nie była to Inves. Po pełnej napięcia chwili oczekiwania moim oczom ukazała się wadera o ciemnych oczach i jasnej sierści przypominającą nieco moją jednak z błękitnymi końcówkami szczególnie widocznymi na długim ogonie rozpływającym się niejako we mgle. Z ramion spływał jej płaszcz o barwie ciemnej fuksji spięty ciężką złotą klamrą. Wilczyca uśmiechnęła się promiennie.
- Witaj w wśród moich przyjaciół Fidelio...późno się zjawiam, ale niestety nastały czasy, gdy od każdego wymaga się bohaterstwa - przez pyszczek przemknął jej cień smutku, i zdawało się, że zawsze tam pozostawał czasem tylko nieco przygaszony - jestem Zerana, bogini bohaterskiej śmierci.
Przez chwilę nie mogłam dojść do siebie. Zdawało mi się że przynajmniej role mojej siostry w całej tej historii jakoś pojmuję, ale teraz niczego już nie byłam pewna.
- Ale... - zaczęłam niepewnie, krępując się zadać dręczące mnie pytanie,
- Och, domyślam się co cię trapi, ale także wśród bogów istnieje pewna hierarchia. Nawet ja nie mogę sprzeciwić się twojej siostrze i stąd każde moje królestwo jednocześnie należy do niej. Moim głównym zadaniem jest wspieranie ich w chwili śmierci, ale niestety nie mam wpływu na to co dzieje się z nimi po niej, a przynajmniej nie taki jak Inves.
Pragnąc skinąć głową na znak zrozumienia zdałam sobie sprawę, że nadal leżę idiotycznie rozpłaszczona na ziemi. Zagryzłam wargi i spróbowałam się podnieść. Niestety wciąż byłam zbyt słaba, a wstyd mi było prosić o pomoc. Jakby ściągnięty moimi myślami pojawił się Cichobór. Powitał mojego gościa bardzo wylewnie, a mnie skarcił za jak to określił "samowolne spacery". Niech no tylko wrócą mi siły, to mu niesubordynację pokarzę. Pomógł mi usiąść.
- Nie wiele brakowało, a dołączyłabyś do mojego orszaku
- Nie byłoby mi to hańbą - odparłam poważnie
- Ale teraz - wtrącił się Cichobór - musisz odpocząć, a pogawędkę utniecie sobie później. Ach i jeszcze ktoś cie odnalazł...tylko nie siedźcie za długo...
Ledwie wysłannicy bogów wyszli do jaskini wpadł mały nietoperz i jasnoupierzona sowa.
- Jak się masz maleńka - bez problemu poznałam głos mojego przyjaciela Golda.
- Tak się cieszę ze cię widzę...
- Yhm.. ja trochę mniej, bo niestety zawsze jak cię znajduje wyglądasz jak półtorej nieszczęścia, a i tobie radziłbym pohamować tą radość... jestem smokiem przeznaczenia i zwiastuje walkę nie zaś pokój
- przecież nigdzie się stąd nie ruszę - odparłam uśmiechając się łagodnie, choć poczułam lekkie ukłucie niepokoju, nie spowodowane bynajmniej samym tylko głaskaniem mojego nietoperza strachu, więc aby dodać sobie otuchy dodałam - raczej nie wpakuję się w kłopoty nie ruszając stąd na krok, prawda?
- Obyś nie przekonała się o tym zbyt szybko
Ten oziębły ton zupełnie mi do niego nie pasował. Poczułam jak ciarki przechodzą mi po grzbiecie. Może nadal był ma mnie obrażony, że go odesłałam, albo ten kodeks honorowy zabraniał mu pomagać mi. Zasady, których nie rozumiałam, a które wiązały większość bliskich mi osób. Poczułam się nieco dotknięta że nie dopuszczano mnie do tych tajemnic. Przecież jako bogini powinnam wiedzieć.
- Chce się przejść... - zakomunikowałam smokowi - możesz mi pomóc
Nie chętnie, ale z dawną troskliwością przemieniony w smoka podniósł mnie i zaniósł nad maleńki strumyk. Na koniec zanim zostawił mnie tak dmuchnął na mnie gorącym powietrzem.
- Dasz radę maleńka, tylko pamiętaj jesteśmy tylko tym kim jesteśmy i nie możemy tego zmienić, bo wówczas stać się możemy tym kim nie chcemy być.
Moją sierść wzburzyło gwałtowne uderzenie powietrza gdy poderwał się do lotu zostawiając mnie z kolejną zagadką, do rozwikłania. Złożyłam głowę na łapach i wpatrzyłam się w swoje odbicie. Oczy podkrążone i dziwnie zmęczone, zasnute mgiełką wstrzymywanych łez, bok owinięty bandażem zielonym od śmierdzącej maści i czerwonym od krwi wypływającej z nie do końca zgojonej rany. Teraz na szczęście wreszcie przestała cieknąć, a jedynymi śladami jej utraty były właśnie owy szkarłatny wykwit na białym jak śnieg płótnie, brak sił i niezwykła bladość maskowana na szczęście ciemnym odcieniem futra. I dla czego to wszystko? Dlatego, że nie chciała się schować? Dlatego że nigdy mnie nie słucha? Dlatego, że nie posłuchała wtedy? Opanowałam się czując ze zapędzam się już nieco za daleko. Nigdy nie powiem jej tego w twarz. Gonimy tą sam zdobycz więc musimy się wspierać. Choć jak na razie ona tego nie rozumie. W gruncie rzeczy to ja za nią biegam. Dlaczego jej potrzebuję? No tak jest jednym z dajmonów... Gdybym mogła poradzić sobie sama. Czy nie dość już udowodniłam. Gdybym mogła zwołać wszystkich ich i z... przekonać do pomocy. Przecież to nas uwolni. Przecież i tak zawsze tylko zbieram za Inves. Ale to ona jest pokrzywdzona, to ona nie może nikomu wierzyć, to ona cierpi. Może byłoby mi łatwiej... Zamarłam rażona własną myślą, ale jakiś głos zdążył już do kończyć za mnie.
- ...Bez niej
Z urwanym warknięciem zwróciłam się w stronę skąd dobiegł mnie ten dźwięk.
- Ktoś ty?! - w zapadających ciemnościach tajemnicza postać była tylko cieniem za chwiejącymi się lekko postrzępionymi konturami liści. Odpowiedział mi śmiech i po chwili z gąszczu wyłonił się Anceps.
- Nie wzywałam cię
- Widocznie wiatr odgadł twoje potrzeby... zjawiam się na dźwięk piszczałki nie pamiętasz?
- Coś ci się zdawało idź sobie!
- Ale to naprawdę nie jest zły pomysł, przecież to tobie należałoby przyznać królestwo zmarłych... przecież Inves po pierwsze dość się już na cierpiała, a po drugie z samą sobą sobie nie radzi, a co dopiero z innymi... może gdyby tam sobie gdzieś przycupnęła w tej drugiej rzeczywistości
- Zabić siostrę - krzyknęłam przerażona - nigdy tego nie zrobię.
Przez pysk przemknął mu upiorny uśmiech.
- Nie chcesz udźwignąć tego co ci się należy, czy nie kochasz siostry... przecież jej moc trafi do ciebie jako do najstarszej siostry i bez problemu ją wydobędziesz z zaświatów
- Teraz, teraz ja sama jestem zbyt słaba... - próbowałam się wycofać, ale podsycona pycha chwytała się tych marnych usprawiedliwień i stawała coraz bardziej racjonalna.
- Coś na to poradzimy... - dmuchnął w moją stronę i ze zdumieniem ujrzałam jak rana zasklepia się.
- Jak...?
- Są różne sposoby, których zatwardziali moraliści nigdy się nie chwycą - mruknął z kpiną w głosie.
- Może mają słuszność
- a może się boją... wracając do rzeczy jak już się zdecydujesz to mam tu odpowiednią miksturę, a to natomiast jest 
Niepewnie wzięłam od ducha kolejny niebezpieczny prezent i ukryłam starannie z myślą by nigdy go nie wykorzystać. Z drugiej więcej niż prawdopodobne było, że raz zasiane ziarno niepewności w korzystnych warunkach moich wad wreszcie wyda gorzki owoc.Niestety wtedy jeszcze nie wiedziałam, że największym moim wrogiem jestem ja sama.

poniedziałek, 31 października 2016

W zapomnieniu, cz.9 "Diabelska przysługa"-Investia

-Państwu już dziękujemy.
Nie zdążyłam zadać pytania, które aż cisnęło się na język. Z mego gardła wyrwał się tylko ochrypły jęk. Nie czułam własnego ciała. Znaczy, nie tak jak powinnam je czuć. Było klatką. Ciężką, nieruchomą. Nie pozwalającą choćby zaczerpnąć tchu. Serce zamilkło. Płuca paliły żywym ogniem. Moje oczy przysłoniła mgła. Srebrzysta, jakby utkaną z pomniejszych zjaw. Spadałam.
  Powrót był nagły. Serce załopotało wściekle. Zakrztusiłam się pierwszym haustem powietrza. Czułam pod barkiem twardą skałę, ale świat wirował. Suchy kaszel wstrząsał mną jeszcze przez chwilę. Powieki były za ciężkie, żeby je otworzyć. Świat był plątaniną światła i cieni. Coś otarło się o mój kark. Ciepły oddech. Moim ciałem wstrząsnął dreszcz. Tylko tyle. Nie mogłam się podnieść, cofnąć. Żaden mięsień mnie nie słuchał. Ciężar nie zelżał. Ciągle wypełniał każdą cząstkę mojej żałosnej powłoki z tego świata. Więził i duszę.
-Ciii....- Głos był miękki. Gdyby nie panika ściskająca gardło, można by go uznać za całkiem przyjemny. -To tylko na chwilę. Zamienię ze dwa słówka z twoją siostrunią i wrócisz do siebie.
-Puś... Mne...- wychrypiałam. Jak to żałośnie brzmiało...
-Żebyś się na mnie rzuciła? Nie chcę z tobą swady. Żal by było ranić tak piękną istotę. Jeszcze po tym, jak sam się przyczyniłem do jej ocalenia.
-Co?- warknęłam, tym razem całkiem wyraźnie. Chciał tej rozmowy, poluzował pęta na mej krtani. -Nikt mi nigdy w niczym nie pomógł. Zawsze byłam sama. Sama walczyłam i przegrywałam. Sama uczyłam się przetrwania.
Zaśmiał się. Śmiechem tym bardziej irytującym, że przez wznowiony nacisk w głębi gardła nie mogłam mu przerwać.
-Stanęłaś wtedy na rozstaju dróg. Wybrałaś zły szlak, nawiasem mówiąc, powstały przy pomocy jednego z mych uczniów. Potem ktoś mnie błagał o możliwość wyrwania cię z pęt, w które sama się uwięziłaś. Nie miał mi wiele do zaoferowania, ale przystałem na jego propozycję. Tylko dlatego tu jesteś. Żyjesz, oddychasz, możesz jeszcze coś zmienić.
-Kim on był?- Z wielu bardziej adekwatnych pytań wybrałam właśnie to. Znowu impulsywnie, tak samo jak lewie parę chwil temu zapytałam Voitetego.
-Nie mogę ci zdradzić. Jeden z jego błahych warunków.- W jego głosie zabrzmiała lekka pogarda. -Chociaż nie omieszkałem mu wspomnieć o wyraźnych wadach takiego rozwiązania, nie chciał słuchać.
-A kim TY jesteś? Wkradasz się do mego królestwa, więzisz w moim własnym ciele i jeszcze śmiesz twierdzić, że mnie przed czymś ocaliłeś. Już łatwiej mi wierzyć, że poprzez nie przyjęcie zlecenia na mą śmierć. Na skrytobójcę byś się nadawał...
-Akurat na ciebie nie wpłynęła żadna godna rozpatrzenia oferta. -oświadczył z dziwną powagą. Zupełnie nieprzejęty pierwszym pytaniem.
-Ach, Fidelyjka jednak się nie skusiła... Miło się gawędziło, ale na mnie już pora. -rzucił szybko, nim znalazłam subtelniejszą formę na wyciągnięcie od niego choćby imienia- Gdybyś pokusiła się o coś przydatniejszego od poszastania pamięci, daj znać. Dopóki działa czar łatwo cię znajdę.
  Tym razem było szybciej. Sekunda bycia martwym, nie dłużej. W czasie szybszym od myśli odzyskałam władzę w sobie, wróciłam. Stałam na własnych, choć nieco chwiejnych łapach w odpowiedniej jaskini. Pyladea wyglądała jeszcze gorzej niż wcześniej. Tak jakby już wtedy nie wyglądała źle... W zadawaniu pytań zsynchronizowałam się z Cichoborem. Skwitowałam to tylko zaciśnięciem zębów- skoro przy niej kłócić się z nim nie mogę, trzeba siły zachować na później.
  W milczeniu wysłuchałam te rewelacje o przeszłości Pyladei. W milczeniu, bo nie byłam pewna słów, które mogły paść z mego pyska. Świadomość, że ona mogła liczyć na pomoc i wsparcie, nawet w tak marnej i irytującej postaci, wzbudziła we mnie uczucia, których się wstydziłam. A mianowicie zawiść i zazdrość, skierowane do całego wiecznie mi nie sprzyjającego świata. I, co było jeszcze gorsze, żal. Ja nigdy nie miałam kogoś, na kim mogłabym polegać. Ja... Przez mój umysł przemknęła Myśl. Wszelkie straże były bezbronne. O kimkolwiek mówił nasz pan wyzwoleniec-co-więzi, ktoś mi jednak pomógł. Nie wiem w jakiej postaci, ale pomógł...
  Kiedy doszłam do tego wielce odkrywczego wniosku, temat rozmowy właśnie zszedł na jakieś drzewko. Pokusiłam się o wtrącenie swoich trzech groszy. I machnęłam łapą na kpinę w moim głosie. Mentalnie zamarłam w połowie tego gestu, z oczami wielkimi jak spodki. Może jednak to wszystko jest brednią... Może naprawdę mam do czynienia z bandą nieszkodliwych wariatów... Rozumiem wszystko. Ale poszukiwać imion drzew? Odchrząknęłam nieco zmieszana.
-Tak, tak..,. Wspaniale.... To może wy zaplanujecie wyprawę na szukanie imion roślinek (pan i władca puszczy nada się do tego w sam raz), a ja wybiorę się na... yhm... przegląd wojsk. Voitety coś o tym wspominał. Taka tam uroczystość z okazji mojego przybycia...
-Voitety?- zapytała cicho Pyladea, obrzucając mnie zdziwionym spojrzeniem.
-To ten basior w hełmie, który nas przywitał.- odparłam szybko.
-Wszystko... w porządku?- Wadera chyba rozpoznała moją zmianę nastroju. Nie pamiętam, kiedy ostatnio tak bardzo pragnęłam się mylić.
-Coś tłucze mnie pod czaszką, ale nie jest źle. Trochę świeżego powietrza i mi przejdzie.- oznajmiłam, już odwracając się i ruszając ku wylotowi jaskini.
Napotkałam spojrzenie Cicholasu, czy jak mu tam. Badawcze, choć wciąż pełne tej dziwnej wyższości.
-To typowe. Minie ci szybko.- rzucił niby od niechcenia. Mimo najszczerszych chęci, wiedziałam, o co mu chodziło. A przez brak udziwnień językowych śmiem twierdzić, że taki był zamiar. Nie odparłam nic.
Pyladea tylko westchnęła, ale nie próbowała zatrzymać mnie. Nawet jeśli to wariaci, to niewątpliwie nieszkodliwi. A przynajmniej pacyfistyczni.
Zrobiłam może dwa kroki od wylotu jaskini, a już dopadł mnie Voitety. Hełm miał przekrzywiony, oczy zaniepokojeniem przepełnione. Przybył w eskorcie co najmniej dziesięciu wilków z mniejszej kotlinki.
-Pani, nie możesz się tak narażać... -Wyczuwając zbliżające się kazanie, przerwałam mu praktycznie natychmiast.
-Z tego co mi wiadomo, królowie robią co im się żywnie podoba. -Generał aż się palił do zaprzeczenia. Dodałam więc szybko- To wariat, ale względnie nieszkodliwy. Jest w stanie co najwyżej zamęczyć opowieścią lub swą niemiłosiernie irytującą osobą. Erudyta od siedmiu boleści, taktu by go chłop wprost z roli mógł uczyć.
-Czy mamy... hmm... się nim zająć?
Z trudem powstrzymałam uśmiech. Jak wspaniale by wyglądał na ziemi rozpłaszczony, o litość błagający... Tylko Pyladea byłaby nieco innego zdania. Porzuciłam tą małą zemstę nie bez żalu.
-Nie. Ale czy masz kogoś... tak mniej rzucającego się w oczy, choć równie sprawnego w walce jak ci za tobą?
Jego oczy zalśniły. Bursztyn ściemniał, zbliżył się niemal do brązu.
-Ma podsłuchiwać i w razie problemów interweniować?
Skinęłam głową.
-Byleby go nie odkryli.
Basior uśmiechnął się lekko.
-To się da załatwić.

środa, 26 października 2016

Istota rzeczy

Młoda była i wrażliwa. Któż mógłby przypuszczać istnienie jakiejś tajemnej siły wprawiającej w ruch jej połatane serce, która zawsze zdawał się zbyt silna by stanąć w miejscu i powierzyć się cichym mrokom i zbyt słaba by powieść do gwarnego światła . Czy kłamała? Nigdy, a jednak los kazał jej nie raz mijać się z prawdą nawet wbrew szczerym chęciom. Czy zabijała? Nie, a jednak los ścielił wkoło niej dość gęsto trupy i nawet jeśli za życia byli to osobnicy nader nieprzyjemni po śmierci mieli ten sam niemy wyrzut w oczach, który budził ją nieraz w snach, i nawet gdy nie znała tych którzy ginęli dla niej i nie mogła ich ocalić słyszała ich krzyk w snach nocami. Kim była? wilkiem, demonem, boginią... była mną i niestety nadal jest. Istotą zawieszoną w próżni między "tak" i "nie", mieszkańcem chwiejnej półki nad przepaścią uparcie trwającym na stanowisku choć dawno powinien odejść. Westchnęłam cicho znów ściągając na siebie uwagę Cichobora namiętnie ryjącego ziemie pazurami. Z każdej z uczynionych przez niego bruzd wychylały się wątłe główki kwiatowych pędów. Teraz wpatrzył się we mnie lśniącymi oczami, jakby chciał wydrzeć mi moje intymne sekrety duszy. Zmieszana odwróciłam wzrok i podniosłam się nieco na łapach, żeby wygodniej się ułożyć, ale próba zmiany pozycji, tak jak wszystkie poprzednie, spełzła na poruszeniu o ledwie kilka centymetrów okupionym potwornym bólem, zwerbalizowanym przez cichy jęk. Opadłam ciężko na posłanie z trudem łapiąc powietrze. Cichobór w kilka chwil był przy mnie śledząc każdy mój ruch swoim czujnym spojrzeniem.
- Powinnaś spróbować się przemienić - stwierdził wreszcie z powagą.
- Dlaczego? - zapytałam naiwnie przez zaciśnięte zęby.
- Będzie co prawda bardzie boleć, ale szybciej się zgoi
- Wytrzymam - mruknęłam w odpowiedzi i skupiłam się na swoim patronacie. Nie było to proste, gdy moje myśli wirowały wokół mnie jak płatki śniegu poderwane gwałtownym zimnym podmuchem. Wreszcie udało się i po mojej ciemnej sierści przebiegło coś jakby iskierka światła barwiąc każdy włos na jasny, ciepły brąz. Szarpnięcie w boku szybko jednak zmusiło mnie do powrotu. Syknęłam z bólu i w tym samym momencie jakby strzała wpadła do jaskini wydzierając z mojego uścisku łapę mojego opiekuna, którą nieświadomie ścisnęłam. Wydawało mi się, że nadal majaczę. Dwa walczące wilki, których nie byłam w stanie rozpoznać wśród tańczących barwnych plamek zdawały mi się znajome, ale znów zdana byłam wyłącznie na słuch, który jako jedyny zmysł pozostawał wierny swym zadaniom.Spróbowałam się odezwać, ale wyschnięte wargi znacznie utrudniały artykulację dźwięków. Wytężyłam wszystkie siły i ochrypłym głosem zawołałam.
- Uspokójcie się! - zaraz potem wstrząsnął mną niespodziewany napad kaszlu. Dość mi było jednak, że wojownicy zareagowali i oboje znaleźli się tuż przy mnie. Poczułam pod brodą miseczkę z wodą, ale zaraz naczynie oddaliło się.
- Nie będziesz mi siostry truł łajzo - to zdecydowanie musiała być Inves, choć jeszcze nigdy nie widziałam ją tak zdenerwowaną. Nawet, gdy wyklinała na czym świat stoi, że ją wszyscy opuścili.
- Ta bezmyślność to widzę u was rodzinna - mruknął basior - ten atak nie był chyba najlepszym pomysłem więksi od ciebie już połamali sobie na mnie zęby, czy ty wiesz z kim masz do czynienia... chiot idiot... jam jest wielki Cichobór i sława ma sięga od jednego krańca puszczy do drugiego... jam jest Salbei und Krieger... nie pozwolę się lekceważyć
- Hej - machnęłam mu łapą przed nosem - możecie się pokłócić jak już podacie mi coś do picia.
Wilk prychnął i nabrał świeżej wody. Po chwili poczułam jak chłodna ciecz spływa po moim wyschniętym gardle. Siostra nadal patrzyła na to nieufnie, gotowa pod byle pretekstem rzucić się na mojego gościa. Odkaszlnęłam odzyskując nieco głos. Zerknęłam na moją ranę w boku. Rzeczywiście już się nieco zasklepiła, choć każdy gwałtowny ruch wiązać się musiał z ryzykiem zerwania wątłego skrzepu, a co za tym idzie kolejnego wytrysku szkarłatnej cieczy. Nie miałam siły na godzenie kogokolwiek.  
- Mam jeszcze jedną prośbę przestańcie się kłócić... 
- Kłótnia jest dobra na wszystko - mruknął nieznany mi głos spod ściany u wejścia. Skąd się wziął? nikt nie widział intruza wchodzącego, choć coś mówiło mi, że obecnie jego wyjście sprawiłoby mi sporą przyjemność. Jego sierść miała barwę brudnoniebieską z nieziemskim krwawym połyskiem, a oczy jak dwa smoliście czarne węgielki jarzyły się w zapadniętych oczodołach. Istota zdawała się tak wychudzona, przez niezwykle odstające kanciaste kształty, iż wydawało mi się, że tylko jakiś nadnaturalny wysiłek pozwala mu utrzymać prosto głowę zwieńczoną ogromnymi kręconymi rogami. Otaczała go jakaś dziwna niepokojąca aura, tka jakby sam utkany był z cienia i mgły, tak że tylko ironiczny uśmiech, ślizgający się po ostrych pożółkłych zębach zdawał się realny i uchwytny. Gdy poruszył się dostrzegłam, iż zamiast tylnych łap ma koźle kopytka pokryte kędzierzawą ciemnobrązową sierścią pomiętą, równie jak i cała reszta owej istoty. Stwór skłonił się dwornie po czym rzekł z przesadną elegancją:
- Państwu już dziękujemy - i w tym momencie Cichobór i Inves zniknęli.
- Co im zrobiłeś - wrzasnęłam i nie zważając na ból poderwałam się z posłania. Obdarzył mnie znów tym swoim uśmiechem pełnym pogardy. 
- Nie denerwuje cię że wiecznie myślisz o kimś, czy nie czas już pomyśleć o sobie
- Natychmiast oddaj mi moją siostrę i Cichobora, bo ci te twoje cienkie kosteczki pogruchoczę.    
Tym razem jego chichot niemal wstrząsnął całą grotą. Warknęłam głucho i spojrzałam na niego spod spuszczonych brwi.
- Co cię tak śmieszy?
- Ty! Nadal nie rozumiesz ze mogę ci dać co tylko chcesz, mogę zabrać cie do przeszłości, mogę pozwolić ci urządzić wszystko inaczej... nie będziecie rozdzielone, będziecie bezpieczne na należnym miejscu między innymi bogi, będziecie chronić swoich czcicieli i nigdy nie wplączecie się w całą aferę z dajmonami
Zmierzyłam go groźnym spojrzeniem.
- A jaki tkwi w tym haczyk?
- Nie ma żadnego haczyka...
- Może i jestem młoda i głupia, ale wiem jedno szczęście nigdy nie puka samo do naszych drzwi, a nawet jeśli już tak się zdarzy zawsze trzeba o nie wreszcie zawalczyć i udowodnić, że jest się jego naprawdę godnym
- Naprawdę głupiutka idealistka z ciebie... ale jak chcesz, jeśli już znudzi ci się zabawa w wybawicielkę świata daj znać ja poczekam... zresztą cokolwiek byś potrzebowała poprostu mnie wezwij... a to przyda ci się do ukojenia bólu - położył obok mnie maleńką piszczałkę - gdy będziesz mnie potrzebować po prostu zawołaj... mam na imię Anceps
Po tych słowach rozwiał się pozostawiając mnie pogrążoną w myślach. Czy naprawdę byłam już tak zdesperowana by zaufać diabłu? Czy istniała szansa, by go przechytrzyć? Chwycę się każdego sposobu byle wykonać misję, ale tym razem dobrze to przemyślę. Przed wprowadzeniem choćby części tego plany w czyn powstrzymało mnie gwałtowne wkroczenie Cichobora i Inves.
- Nic ci nie jest? Zrobił ci coś? Czego chciał? - pytali jedno przez drugie.
- Spokojnie nic mi nie jest... - Podniosłam się delikatnie starannie ukrywając demoniczną fujarkę. Nie musieli wiedzieć o wszystkim. To na jakie niebezpieczeństwa się wystawiam to w końcu moja sprawa. - już nikt nam raczej nie przeszkodzi, zacznijmy więc od początku. Inves poznaj Cichobora, bożka, strażnika nieprzebytej puszczy, który pomógł mi opanować moje moce, Cichoborze poznaj Inves moją siostrę.
- Madame, wybacz to unangemessenes Verhalten, powinienem domyśleć się z jakiej gałęzi wyrasta tak szlachetny kwiat.- uśmiechnął się i wskazał waderze miejsce by usiadła. W między czasie szepnął do mnie - pięknie się zaczyna, teraz z diabłem się zadajesz?
- Jeszcze nie -mruknęłam.
- Sądzę, że Non hic sistere powinna usłyszeć w co się wpakowała, więc może opowiem ile wiem, a potem wreszcie to wayward child dopowie resztę
- Marze o tym - westchnęłam ze zrezygnowaniem - ale jesteście częścią mojego planu i mojego życia więc muszę wam powiedzieć co zamierzam. Zatem zgoda.
Cichobór odchrząkną i zaczął opowieść o tym jak do niego przyszłam jako dajmon i uczył mnie panować nad mocą, jak później wróciłam jako bogini i wreszcie jak został wysłany mi do pomocy. Ja tym czasem jak strażnik więzienny hamowałam wszystkie jego zbędne dygresje i wreszcie mój zapał poszedł na tyle daleko, by zdobyć się na jedno proste pytanie.
- Naprawdę bogowie wysłali cię byś mi pomógł?
Spuścił głowę, ale nim to uczynił zrozumiałam, że mnie okłamał.
- Wspaniale - burknęłam ironicznie - Masz dla mnie jeszcze jakieś rewelacje? Jesteś z siebie dumny?
- Nie rozumiesz musiałem to zrobić, nie jestem  nass Mischlings, by kryć się po lasach gdy ważą się losy świata - dostrzegłszy potępienie w moich oczach pospiesznie. - zresztą wybierasz się do drzewa wiedzy, a absolutnie nie potrafisz rozmawiać z bożkami.
- Akurat... masz szczęście że nieprzebyta puszcza jest wieczna bo inaczej pod twoją kuratelą...
- Potrafię zadbać o to co moje... dość często tam zaglądam, a tak w ogóle po co ci drzewo wiedzy?
- Zmiana tematu tak?!
Inves patrzyła na nas z wyraźną konsternacją.
- dajcie wy spokój puszczy, oboje macie zielono we łbach... no więc po co ci to drzewo?
- Mam jedno pytanie... muszę poznać jego imię...

wtorek, 25 października 2016

W zapomnieniu, cz.8 "Mgła"-Investia

  W milczeniu szliśmy przez parę kolejnych minut. Bez słowa również skręciliśmy w prawo, w jedną z wielu wąskich szczelin w różnobarwnej ścianie kotliny. Od innych różniącą się jedynie dziwnym znakiem nad wejściem. Rzeźbionym, ale rozmytym, wygładzonym do zatarcia wielu krawędzi. Tylko barwa się zachowała. Czerń, jakby skradziona ze skrzydeł kruczych trupojadów. I czerwień, niepokojąco podobna do szkarłatu świeżej tętniczej krwi.
  Była to swego rodzaju brama, taki krótki na parę metrów korytarz-dalej ciągnęła się tylko nieco przestronniejsza kotlinka. Niebo w górze było ledwie jaśniejszą rysą na tle szarych skał. Szarych i grafitowych, uściślając- znikła pstrokacizna z głównego wąwozu. Same ściany zdawały się solidniejsze, kamienie bardziej dopasowane. Bok w bok mogły się minąć co najwyżej trzy wilki. Większa przestrzeń nie była konieczna-tutejsza populacja zjaw była zdecydowanie mniejsza. Elitarna. Z wyglądu iście arystokratyczna, zwłaszcza w porównaniu do burych nieszczęśników. Każdy miał co najmniej parę fragmentów pancerza, nie jeden i nie dwaj nawet cały. Sierść rzadko w brązach czy szarościach. Nie brakowało błękitów, żółci iście z żonkili skradzionej, wiosennych zieleni czy pomarańczu. Wszelkie te barwy łączyła intensywność, niemal niemiła dla oka ostrość. Widząc mnie głęboko kiwali głową, wszyscy, jakby wedle jakiejś nieznanej mi zasady. Jednak i oni unikali mego wzroku. Może jeden się odważył spojrzeć wyżej niż na moje łapy. Natychmiast odwrócił wzrok.
  Za to ci nie traktowali Voitetego jak powietrze. Najczęściej się witali. A przynajmniej domyślałam się, że tak było-nie rozumiałam ich słów. Były zniekształcone, niewyraźne. Jakby pochodziły z innego języka, ale bliskiego temu naszemu. On odpowiadał podobnie. Paru ograniczyło się do szybkiego skinięcia głową. Tylko jeden, basior o prawie rzeczywistej, smoliście czarnej sierści i długiej szramie na ukos przez grzbiet, minął go bez słowa. Przesadnie ostentacyjnie- największym łukiem z możliwych. Ale nawet on nie zrezygnował z gestu oddania względem mnie. Wykonał go aż z przesadną pieczołowitością, prawie dotykając nosem ziemi. Z trudem się powstrzymałam od śledzenia go wzrokiem, kiedy zniknął z mego pola widzenia. Voitety nie powiedział nic. Darowałam sobie pytanie, prawie piekące w język. To było nieistotne. Rozbestwiona ciekawość była zupełnie innego zdania, ale ostatecznie skwitowała moje zachowanie tylko prychnięciem.
  Nim ciekawość dobrała trafną ripostę, basior skręcił ponownie. Tym razem w szczelinę po lewej. Węższą od wcześniejszej. Znak ją oznaczający był tylko nieco wyraźniejszy, na tyle nieznacznie, że w gruncie rzeczy nic to nie zmieniało. Za to doszła jeszcze jedna barwa. Złoto, połyskliwe, ale z lekka zbrązowiałe. Stare.
  Korytarz tym razem nie kończył się tak szybko. Mrok za to wyjątkowo leniwie ustąpił miejsca szarości. I tak nie było czego oglądać-gładkie ściany i sklepienie, pozbawione choćby zalążków stalaktytów. Pojedyncze kamyczki chrzęszczące pod łapami. Pochyła droga. Zrównałam się z basiorem. Prawie ocieraliśmy się o siebie barkami. Ciekawość przerzuciła się na rozważania o naszym miejscu docelowym. Tempo marszu przyśpieszyło znacznie, granicząc z truchtem. Co wcale nie uspokoiło ciekawości. Mój oddech odbijał się od ścian z krótkim echem. Klatka piersiowa basiora również się wznosiła, ale bezszelestnie.W bezsensownym odruchu.
  Światło rozmywało półmrok już na parę metrów przed wyjściem. Co wcale nie zapobiegło chwilowej ślepocie na zewnątrz. Jeszcze w połowie będąc w korytarzu zacisnęłam mocno powieki. Wiatr musnął leciutko moje futro, w przyjacielskim geście. Uchyliłam nieco powieki. Gdyby nie fakt, że już stałam, to by mnie zamurowało. Jedno trzeba temu małomównemu generałowi przyznać-gusta estetyczne miał niczego sobie.
  Weszliśmy na płaski występ skalny, a może też płaski szczyt. Ciężko powiedzieć. Dobrze widziałam właściwie tylko gładkie szare skały pod swymi łapami. Wszędzie wokół nieśpiesznie snuła się mgła. Mgła dziwna. Mlecznobiała, wręcz srebrzysta. Zdawałoby się, że przymioty typowo mgliste. Zgadza się. Jej inność była zdecydowanie głębsza.
  Widziałam cienie szczytów. Szare i niewyraźne, rozmyte przez gęsta zasłonę. Znałam je. Wiatr wył tak samo jak w szczelinach moich gór. Zrobiłam parę szybkich kroków do przodu, zaskoczona. Może nieco zauroczona. To przecież zwyczajna iluzja, głupie wrażenie-upierał się zdrowy rozsądek. Jednak serce... Ono miało swoje zdanie. Milczało przy tym, z jakimś melancholijnym uśmiechem. Pełnym zarówno spokoju i rozbawienia, co smutku.
  Wiatr zawiał gwałtownie. Mgła była tak złudnie podobna do śniegu.. Wirowała, połyskiwała, rozdrabniała się na małe strzępki... Utworzyła nowy obraz. Ciemniejszy. Polana, na skraju której o poranku obudziła mnie pewna wadera. Rozpoznałam ją bez trudu. Róża rosła samotnie, niemal na samym jej środku. Zioła i trawę skryła mgła, teraz już całkiem podobna do śnieżnych zasp. Ale róża... Ta była jakaś ciemniejsza, prawie czarna. Rosła szybko, pięła się ku białemu niebu. Płatki się rozchylały, ukazując nowe gamy grafitu czy ciemnych szarości. Kolce zaś malały, kruszyły się. W końcu całkiem znikły. W tej chwili coś trąciło bezbronną łodygę. Pochyliła się znacznie, ale zgrabnym łukiem wróciła do dawnego kształtu. Listki zachybotały się niespokojnie. Za drugim razem coś się o nią oparło, włożyło w to większy nacisk. Odginała się powolutku. Pazury wbijały się coraz głębiej. Młode łodyżki atakowały napastnika, owijały się wokół niego. Kolce były miękkie, młode. Nie robiły agresorowi żadnej krzywdy. Ostry trzask. Wzdłuż grzbietu przemknął mi lodowaty dreszcz, nie mający nic wspólnego z rzekomą zimą.
-Ale to pilne!
Zamrugałam, nie do końca wybudzona z transu. Mgła cofnęła się. Stała białą masą bez wyrazu.
Głos dochodziły zza mnie. Odwróciłam się, wciąż trochę oszołomiona. Voitety zagrodził drogę innemu basiorowi, temu o brązowej sierści z akcentami zieleni.
-Mówi, że ma jej coś do powiedzenia. To nie jest zwykły śmiertelnik.-trajkotał szybko, prawie nerwowo.-Stał blisko tamtej wadery, ale na nasz widok odsunął się bez słowa. Oddychała spokojnie, spała...
-Zostawiłeś jakąś straż?-przerwał mu ostro Voitety.
-Dwóch, pierwszych lepszych znalezionych na ulicy. I Mahzana. Sprawdza, czy jakaś rana nam nie umknęła.
-Co się stało?-warknęłam już całkiem przytomnie. Serce podzielało mój nastrój, tylko z nieco większym udziałem zaniepokojenia. Spojrzeli na mnie jak na zjawę. No, jak przeciętny, niewidujący duchów i nią nie będący wilk na zjawę.
-To nic takiego. Ktoś dostał się do jaskini, gdzie leży twoja siostra...-zaczął Votety, tonem drażniąco spokojnym i rzeczowym.
-Co?-syknęłam na wpół odruchowo.-Ale... Po co?-mruknęłam do siebie. Odpowiedź i tak otrzymałam na drugie z tych pytań.
-Pewnie i bogowie nie wiedzą... Bredził coś kompletnie niezrozumiale, przerywając od czasu do czasu normalnym słowem, czasem aż zdaniem. Wyruszyłem najszybciej jak mogłem, do tego czasu nie wyłonił się z tego żaden sens.-odparł mi polowy medyk.
-I zostawiłeś moją siostrę z tym świrem?-podeszłam bliżej basiorów. Medyk cofnął się o dwa kroki. Skulił się, jakby moje słowa przybrały formę cielesną i trzasnęły go w ten jego pusty jak dzwon łeb. Jednak próbował się bronić...
-Zostawiłem z nią trzech... Nie jest niebezpieczny... Nie atakował...-...ale składu w tym nie było za grosz.
-Zaczekaj.-rzucił bezpardonowo Voitety, rozpoznając błysk w moim oku. Właśnie w tej chwili porzuciłam cielesną formę i pomknęłam jak na złamanie karku w korytarz wykuty w skale. Żaden z nich, nawet jeśli miał takowy zamiar, nie zdążył zareagować. To była ledwie sekunda.
  Poranny bieg przy tym był ledwie spacerkiem. W ciągu paru przeraźliwie szybkich uderzeń serca, które wciąż czułam pomimo bezcielesności, dotarłam do mniejszego z wąwozów. Pęd powietrza wściekle szarpał moją sierść. Oczy łzawiły, co przerzuciłam na zbytni pośpiech w zmianie postaci.      Nie myślałam. A przynajmniej próbowałam. To doprowadziłoby do gdybania, znając życie, wielce pesymistycznego. Nie potrzebowałam żadnej zachęty- nie mogłam biec szybciej.
  Nie rozumiałam uczucia, którego płomień rozgorzał w mojej piersi. A może tylko nie chciałam go znać? Było dziwną mieszaniną. Ślepej furii, niepokoju i.. bezsilności. Jeszcze parę godzin temu wyśmiałabym choćby samą sugestię, że tamta wadera może dla mnie znaczyć choć trochę więcej niż pierwsza lepsza nieznajoma. Wbrew swym obawom, zaufałam i uwierzyłam. Dopuściłam wieść do zamkniętego na cztery rygle i dziesięć zamków serca. Już teraz czułam gorzki posmak konsekwencji. A nie minął nawet dzień...
  Nie zawracałam sobie głowy mijaniem zjaw. Po prostu biegłam przed siebie. Czasem bezwiednie przeskoczyłam nad jedną, czasem byłam taranem. Nie czułam bólu. A nie obchodziło mnie nic, o ile mnie nie spowalniało.
  Nie pamiętam, kiedy pokonałam bramę. Po prostu w pewnej chwili zauważyłam, że ulica się poszerzyła i łatwiej było duchom przede mną umykać. Nic więcej.
  Na razie się hamowałam. Zaciskałam zęby. Złość przelewałam na uderzenia łap o suchą, pylistą ziemię. Jeszcze chwila, parę sekund... Nigdy myśl o rozszarpaniu czyjegoś gardła nie sprawiała mi takiej przyjemności.